sobota, 28 listopada 2015

SKS

Kolejny raz było wyjątkowo ciężko, przez nie najlepszy pesel, ale tego się niestety nie wybiera. Od rana cuś mnie łupało w klacie, albo w pozostałościach po niej. Przy zaciąganiu powietrza bul i choć starałem się nie oddychać, czasami ugiąć się musiałem. Do wieczora przemęczyłem się, a wieczorem na kosza, ale nie było lekko. Na szczęście 3/4, gdzie ja byłem we większej bandzie i mogłem się poobijać. Chłopaki coraz lepszą skuteczność osiągają i żal tylko, że brak naszych dwóch czołowych dyskutantów, spowodował pewien niedosyt przeżyć trzeciego muszkietera. Po treningu czułem się nawet lepiej, chyba po prostu rozruszałem stare kości, a adrenalina samoistnie wyzwoliła środki znieczulające. 

wtorek, 17 listopada 2015

Polanica Zdrój

Będąc na weekend w Polanicy natrafiłem na ulicę gwiazd koszykówki, czyli odciski rąk wielkich koszykarzy naszego kraju. Wśród wielu nazwisk dwa mi bliskie. Jeden ze względu na to, iż miałem zaszczyt grać z nim na jednej sali i do tego w jednym czasie. (miał już wtedy sto lat, ale co tam) Drugi właściciel znanego nazwiska, był osobistym bratem, mojej osobistej narzeczonej w wieku nastu lat. Gwiazda była śliczna (oczywiście siostra), ale ja niestety tylko piękny i młody. Dwa razy przeszedłem, swego nie znalazłem (nazwiska) i rozgniewany tym faktem udałem się na piwko. PS.  Śliczna była, a może i jest?

piątek, 13 listopada 2015

zawodowiec

Oczywiście nie siebie mam na myśli pisząc zawodowiec, aczkolwiek tak wiele nie odbiegałem od gościa o głowę wyższego, o deko cięższego i o milion godzin więcej spędzonych na parkiecie mający. Natomiast serce do kosza nie mniejsze, a wiara we własne siły myślę, że chyba większa. Mój obiektywizm wszystkim znany, tłumaczy tak podobną ocenę naszej gry. Miałem najwięcej chyba asyst i to wiele z trumny, naszej trumny. Nie muszę tłumaczyć chyba do kogo szło moje idealne podanie i kto rzutem od niechcenia, doprowadzał przeciwników do spazmów. Trening bardzo udany, Bodzio mocno zziajany schodzi z parkietu dumny, że kolejny raz udowodnił swoją młodość, jeszcze sprawność i chęć walki do końca. Walka 4/4 ,czyli do pełnego szczęścia już tuż tuż.

sobota, 7 listopada 2015

granatowy paluch, ogromne serce

 Niestety poprzedni tydzień bez wielkich wydarzeń, zwykły normalny kosz, bez jakichś wartych wspomnień. Co innego ostatni trening, okupiony cierpieniem i tylko dzięki ogromnemu chartowi ducha, w ogóle wzięty w nim udział. Wszystko za sprawą wypadku przed samym treningiem, kiedy to gołą stopą próbowałem przesunąć deskę, twardą i do tego będącą na sztywno w drzwiach. Okropny ból przeszył mą stopą po kontakcie z dechą i tylko łaciną wypowiedziane kilka słów chwilową przyniosło ulgę. Po chwili dylemat co z treningiem, który dosłownie za chwilę ma się rozpocząć, a paluch już granatowy. Siłą woli doczłapałem do sali, a następnie na koszu walka z bólem i udawany udział w treningu, ale żal opuścić przez głupi palec.