poniedziałek, 7 grudnia 2015
czwartek, 3 grudnia 2015
pustka
Chyba pierwszy raz czuję taką potrzebę spocenia się w ten piątkowy wieczór i nie mogę się wręcz doczekać dzisiejszego treningu. Smutne jedynie to, że jeszcze niedawno w inny sposób człowiek tracił kalorie w piątkowe popołudnie, połączone z sobotnim rankiem i nie były to tańce do rana. Jakaś taka energia drzemie we mnie i podejrzewam, że to wynik ogólnej poprawy samopoczucia i lekkiego spadku wagi. Pamiętam z dawnych lat, jak na cuś się tak pozytywnie nastawiałem, zawsze dupa była z tego. Pożyjemy- zobaczymy.
sobota, 28 listopada 2015
SKS
Kolejny raz było wyjątkowo ciężko, przez nie najlepszy pesel, ale tego się niestety nie wybiera. Od rana cuś mnie łupało w klacie, albo w pozostałościach po niej. Przy zaciąganiu powietrza bul i choć starałem się nie oddychać, czasami ugiąć się musiałem. Do wieczora przemęczyłem się, a wieczorem na kosza, ale nie było lekko. Na szczęście 3/4, gdzie ja byłem we większej bandzie i mogłem się poobijać. Chłopaki coraz lepszą skuteczność osiągają i żal tylko, że brak naszych dwóch czołowych dyskutantów, spowodował pewien niedosyt przeżyć trzeciego muszkietera. Po treningu czułem się nawet lepiej, chyba po prostu rozruszałem stare kości, a adrenalina samoistnie wyzwoliła środki znieczulające.
wtorek, 17 listopada 2015
Polanica Zdrój
Będąc na weekend w Polanicy natrafiłem na ulicę gwiazd koszykówki, czyli odciski rąk wielkich koszykarzy naszego kraju. Wśród wielu nazwisk dwa mi bliskie. Jeden ze względu na to, iż miałem zaszczyt grać z nim na jednej sali i do tego w jednym czasie. (miał już wtedy sto lat, ale co tam) Drugi właściciel znanego nazwiska, był osobistym bratem, mojej osobistej narzeczonej w wieku nastu lat. Gwiazda była śliczna (oczywiście siostra), ale ja niestety tylko piękny i młody. Dwa razy przeszedłem, swego nie znalazłem (nazwiska) i rozgniewany tym faktem udałem się na piwko. PS. Śliczna była, a może i jest?
piątek, 13 listopada 2015
zawodowiec
Oczywiście nie siebie mam na myśli pisząc zawodowiec, aczkolwiek tak wiele nie odbiegałem od gościa o głowę wyższego, o deko cięższego i o milion godzin więcej spędzonych na parkiecie mający. Natomiast serce do kosza nie mniejsze, a wiara we własne siły myślę, że chyba większa. Mój obiektywizm wszystkim znany, tłumaczy tak podobną ocenę naszej gry. Miałem najwięcej chyba asyst i to wiele z trumny, naszej trumny. Nie muszę tłumaczyć chyba do kogo szło moje idealne podanie i kto rzutem od niechcenia, doprowadzał przeciwników do spazmów. Trening bardzo udany, Bodzio mocno zziajany schodzi z parkietu dumny, że kolejny raz udowodnił swoją młodość, jeszcze sprawność i chęć walki do końca. Walka 4/4 ,czyli do pełnego szczęścia już tuż tuż.
sobota, 7 listopada 2015
granatowy paluch, ogromne serce
Niestety poprzedni tydzień bez wielkich wydarzeń, zwykły normalny kosz, bez jakichś wartych wspomnień. Co innego ostatni trening, okupiony cierpieniem i tylko dzięki ogromnemu chartowi ducha, w ogóle wzięty w nim udział. Wszystko za sprawą wypadku przed samym treningiem, kiedy to gołą stopą próbowałem przesunąć deskę, twardą i do tego będącą na sztywno w drzwiach. Okropny ból przeszył mą stopą po kontakcie z dechą i tylko łaciną wypowiedziane kilka słów chwilową przyniosło ulgę. Po chwili dylemat co z treningiem, który dosłownie za chwilę ma się rozpocząć, a paluch już granatowy. Siłą woli doczłapałem do sali, a następnie na koszu walka z bólem i udawany udział w treningu, ale żal opuścić przez głupi palec.
piątek, 23 października 2015
duża paka
Kolejny niestracony weekend na picie, palenie czy wygibasy. Mocny konkretny trening, zakończony ożywczą kąpielą, luźną dyskusją o życiu, śmichy chichy, coś koniecznego do prawidłowego funkcjonowania w życiu. Minimum głupot o polityce, no może trochę dowcipów, ale to tylko pozytywnie wpłynie na ciśnienie, w przeciwieństwie do wieców wyborczych. Sam mecz mocno udany, bo gra czterech na czterech, to już prawie prawdziwa koszykówka, a skuteczność całkiem niezła i to u zawodników tych bardziej dojrzałych. Ja osobiście miałem trochę szczęścia, bo dostałem potężne uderzenie z barku w zęby, ale cudem nic się nie stało, a strach przeszedł mnie okrutny.
sobota, 17 października 2015
trzy kwarty
Wczorajszy dzień przejdzie do historii. Byliśmy w czwórkę, a właściwie trzy i pół, bo ja to przy małolatach (koło 30) to ledwo nadążałem. Tradycyjnie na całym wielkim, ogromnym boisku dwóch na dwóch, rzeźnia. Po pierwszych dwóch szybkich akcjach, płuca gdzieś poszły i tradycyjnie siłą woli, ale trzy kwarty rozegrane, 20+30+10 tak jak sił stajało przerwy robione i do szatni schodziliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Pierwszy raz skorzystałem z prysznica, po tym jak w ubiegłym tygodniu, godzinę czekałem w domu, aż blondi raczy rozpocząć procedurę ewakuacji z łazienki, a ja styrany spocony........Nie ma nic piękniejszego jak zakończony trening prysznicem, a później spacerkiem do domku niebiańsko zmęczony, ale taki dumny z siebie. Cały obiekt po remoncie to i do szatni nie strach wchodzić i pod prysznic.
piątek, 9 października 2015
mała kontuzja
Trening, powrót, kąpiel i wreszcie relaks. Odpoczynek można celebrować dopiero po konkretnym wysiłku, a dziś tak było. Gra trzech na czterech na całym ogromnym boisku i do tego tempo dużo wyższe od ostatniego. Skuteczność troszkę gorsza, ale to i tak początek sezonu, a więc spoko. Osobiście o wiele lepiej mi się dzisiaj biegało, ale do dobrego występu to jeszcze daleko. Wrzuciłem kilka razy 6-10 pkt. jest więc super, widać postępy. Jedyny przykry incydent to chyba wybity mały palec u prawej ręki, ale trudno, co się nie robi dla historii.
niedziela, 4 października 2015
weekend z zakwasem
Weekend minął na podtrzymywaniu formy przed kolejnym piątkiem koszowym. Niestety na zakwasy , które to dopadły mnie natychmiast, dnia następnego po koszu, był to czas długich spacerów z piesem, z chwilowymi podbiegami, ale to bardziej dla pieska niż dla mojej tężyzny. A tężyzna przyszła momentalnie, trzy sekundy po treningu, a może to tylko moje odczucie? Nie poddaję się i nawet ograniczyłem jedzenie, ale to może wynikać z braku czasu na jedzenie. Cały czas podziwiam sprężystość mięśni i może przesadzam, ale już widzę poprawę we wszystkich kierunkach rozwoju. Nie mogę doczekać się następnego treningu, a to jeszcze cztery dni. Muszę wytrzymać.
piątek, 2 października 2015
inauguracja sezonu
No to pierwszy inauguracyjny trening po dwuletniej przerwie mam za sobą. Było ciężko, ale dałem radę, do końca na boichu harce wyczyniałem i nawet o siłach własnych zszedłem. Skromnie dodam, iż dwa punkty zdobyłem siłami własnymi , a asyst miałem co nie miara. O tyle było to łatwiejsze bo graliśmy trzech na trzech, oczywiście na pełnym wymiarowym boisku, a wydawało mi się wielkie jak do nogi. Płuc nie miałem po paru minutach, a biegiem poruszałem się tylko dzięki sile woli i chęci nie ośmieszenia się, a na dodatek reszta młodzieży troszku starsza od moich dzieciaczków to kiwali mnie jak chcieli. Każdy walczył o swoje, ja o przetrwanie, młodzież o punkty. Wydawało mi się, że poruszam się w zwolnionym tempie jak mnie mijali, kiedyś nie do pomyślenia, aby tak łatwo, ale Spitfire nawet z najlepszym pilotem, z F-16 nie dałby rady. Żyję i to najważniejsze dzień po, nawet jak ból przeszywa całe ciało. Czuję się świetnie i myślę już o następnym piątku. Zdjęcie sprzed wielu lat, w chińskich trampkach najlepszych na rynku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












