piątek, 23 października 2015

duża paka

Kolejny niestracony weekend na picie, palenie czy wygibasy. Mocny konkretny trening, zakończony ożywczą kąpielą, luźną dyskusją o życiu, śmichy chichy, coś koniecznego do prawidłowego funkcjonowania w życiu. Minimum głupot o polityce, no może trochę dowcipów, ale to tylko pozytywnie wpłynie na ciśnienie, w przeciwieństwie do wieców wyborczych. Sam mecz mocno udany, bo gra czterech na czterech, to już prawie prawdziwa koszykówka, a skuteczność całkiem niezła i to u zawodników tych bardziej dojrzałych. Ja osobiście miałem trochę szczęścia, bo dostałem potężne uderzenie z barku w zęby, ale cudem nic się nie stało, a strach przeszedł mnie okrutny.

sobota, 17 października 2015

trzy kwarty










Wczorajszy dzień przejdzie do historii. Byliśmy w czwórkę, a właściwie trzy i pół, bo ja to przy małolatach (koło 30) to ledwo nadążałem. Tradycyjnie na całym wielkim, ogromnym boisku dwóch na dwóch, rzeźnia. Po pierwszych dwóch szybkich akcjach, płuca gdzieś poszły i tradycyjnie siłą woli, ale trzy kwarty rozegrane, 20+30+10 tak jak sił stajało przerwy robione i do szatni schodziliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Pierwszy raz skorzystałem z prysznica, po tym jak w ubiegłym tygodniu, godzinę czekałem w domu, aż blondi raczy rozpocząć procedurę ewakuacji z łazienki, a ja styrany spocony........Nie ma nic piękniejszego jak zakończony trening prysznicem, a później spacerkiem do domku niebiańsko zmęczony, ale taki dumny z siebie. Cały obiekt po remoncie to i do szatni nie strach wchodzić i pod prysznic.

piątek, 9 października 2015

mała kontuzja

Trening, powrót, kąpiel i wreszcie relaks. Odpoczynek można celebrować dopiero po konkretnym wysiłku, a dziś tak było. Gra trzech na czterech na całym ogromnym boisku i do tego tempo dużo wyższe od ostatniego. Skuteczność troszkę gorsza, ale to i tak początek sezonu, a więc spoko. Osobiście o wiele lepiej mi się dzisiaj biegało, ale do dobrego występu to jeszcze daleko. Wrzuciłem kilka razy 6-10 pkt. jest więc super, widać postępy. Jedyny przykry incydent to chyba wybity mały palec u prawej ręki, ale trudno, co się nie robi dla historii.

niedziela, 4 października 2015

weekend z zakwasem

Weekend minął na podtrzymywaniu formy przed kolejnym piątkiem koszowym. Niestety na zakwasy , które to dopadły mnie natychmiast, dnia następnego po koszu, był to czas długich spacerów z piesem, z chwilowymi podbiegami, ale to bardziej dla pieska niż dla mojej tężyzny. A tężyzna przyszła momentalnie, trzy sekundy po treningu, a może to tylko moje odczucie? Nie poddaję się i nawet ograniczyłem jedzenie, ale to może wynikać z braku czasu na jedzenie. Cały czas podziwiam sprężystość mięśni i może przesadzam, ale już widzę poprawę we wszystkich kierunkach rozwoju. Nie mogę doczekać się następnego treningu, a to jeszcze cztery dni. Muszę wytrzymać.

piątek, 2 października 2015

inauguracja sezonu

No to pierwszy inauguracyjny trening po dwuletniej przerwie mam za sobą. Było ciężko, ale dałem radę, do końca na boichu harce wyczyniałem i nawet o siłach własnych zszedłem. Skromnie dodam, iż dwa punkty zdobyłem siłami własnymi , a asyst miałem co nie miara. O tyle było to łatwiejsze bo graliśmy trzech na trzech, oczywiście na pełnym wymiarowym boisku, a wydawało mi się wielkie jak do nogi. Płuc nie miałem po paru minutach, a biegiem poruszałem się tylko dzięki sile woli i chęci nie ośmieszenia się, a na dodatek reszta młodzieży troszku starsza od moich dzieciaczków to kiwali mnie jak chcieli. Każdy walczył o swoje, ja o przetrwanie, młodzież o punkty. Wydawało mi się, że poruszam się w zwolnionym tempie jak mnie mijali, kiedyś nie do pomyślenia, aby tak łatwo, ale Spitfire nawet z najlepszym pilotem, z F-16 nie dałby rady. Żyję i to najważniejsze dzień po, nawet jak ból przeszywa całe ciało. Czuję się świetnie i myślę już o następnym piątku.     Zdjęcie sprzed wielu lat, w chińskich trampkach najlepszych na rynku.